Fajnie obudzić się obok wody, już tak dawno nie mieliśmy podobnego noclegu, że niemal zapomniałem, jakie to uczucie.
Kąpiel w zalewie, a później śniadanie – owsianka oraz banan. Trochę monotonnie, ale tym razem nie mieliśmy wyboru, bo jak pisałem Wam wczoraj, nasza miejscówka noclegowa wyszła dość spontanicznie i nie zrobiliśmy wcześniej zakupów.
W poszukiwaniu marketu
Pierwszy market, jaki się trafił to Coop. Nie za bardzo lubimy ten sklep, niby ma dość duży asortyment, ale według mnie jest dość drogi i często kupione w nim produkty (np. wędliny) były gorszej jakości, niż w innych włoskich sklepach. Jak się nie ma co się lubi, to trzeba lubić co się ma, więc zrobiliśmy w nim niewielkie zakupy na obiad w postaci kanapek.
Kilka kilometrów dalej trafiliśmy na Lidla, w którym postanowiliśmy zrobić większe zakupy na włoski wieczór, który postanowiliśmy urządzić. Kupiliśmy składniki na sos boloński (mieliśmy jeszcze makaron, który chcieliśmy wykorzystać) oraz wędliny i ser na antipasti. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy nad pobliskie jeziorze Lago di Bolsena. Jezioro ma 43 kilometry obwodu i jest największym jeziorem wulkanicznym w Europie.
Nad Lago di Bolsena
Nad jezioro dotarliśmy około 17:00. Było tu jeszcze sporo miejscowych, ale widać było, że niektórzy już się zwijają. Niestety, przy jego okolicy znajdował się znak informujący o zakacie kempingowania, widzieliśmy jednak dość dużo przyczep i kamperów. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce, gdzie oprócz jednej przyczepy nie było ludzi. Starszy Włoch z przyczepy obok mówił, że znak po prostu stoi, ale z noclegiem tutaj przez kilka dni nie ma problemu. On był tam już od piątku i policja ani nikt nie zwracał mu uwagi.
Rozłożyliśmy więc stół i wszystko, a następnie przystąpiliśmy do przygotowywania kolacji. Zaczęliśmy od aperitivo, czyli napoju, którym rozpoczyna się posiłek. Zazwyczaj jest to alkohol, w północnych Włoszech popularny jest Aperol Spritz, my mieliśmy jednak bezalkoholowy, gorzki napój w małych butelkach 0,1l.
Zaczęliśmy robić sos boloński oraz przygotowywać antipasti: otworzyliśmy wędliny, pokroiliśmy ser oraz przygotowaliśmy bruschetty z pomidorami i bazylią. W międzyczasie przyszedł do nas sąsiad, który poczęstował nas domowym rumuńskim winem. Jego angielski nie był najlepszy, ale mimo to mogliśmy się dość dobrze dogadać.
Po jedzeniu poszedłem trochę popływać, woda była chłodniejsza niż w miejscu, gdzie byliśmy wczoraj, ale za to była dużo czystsza. Stojąc w miejscu, gdzie jest 160 cm głębokości dokładnie widziałem swoje stopy.
Sos powoli się gotował, a my przystąpiliśmy do pracy. Z racji, że w busie atakowały nas muchy, postanowiliśmy pracować na zewnątrz. W pewnym momencie zobaczyłem, że nasz sąsiad ma problem z rozładowanym akumulatorem. Zaproponowałem, że pomogę mu odpalić kablami z mojego akumulatora. Wszystko poszło dość sprawnie.
Przestawiłem samochód znów na właściwe miejsce i wróciliśmy do pracy. Po 15 minutach odwiedził nas sąsiad z wnuczką – w ramach podziękowania przynieśli nam lody kupione przed chwilą w sklepie.
Około 22:00 pogoda zaczęła się trochę psuć, na horyzoncie pojawiały się pioruny. Schowaliśmy więc wszystko co nie powinno zmoknąć i poszliśmy do busa. Usnąć nie było łatwo, ponieważ przy zamkniętych oknach było dość duszno, wcześniej musieliśmy zrobić też akcje zabijania much i komarów. Ten dzień był bardzo spokojny.
Dziś przejechaliśmy 62 km.
