Eurotrip #23 W poszukiwaniu węgierskiego langosza

Poranek

Nocleg przy autostradowym parkingu przebiegł bardzo spokojnie. Na Węgrzech takie parkingi są dość często, ten był mały oraz oddalony tylko o kilka kilometrów od stacji benzynowej. W nocy nie podjeżdżało tu raczej dużo samochodów, przynajmniej nie tyle, aby nas obudzić.

Wstaliśmy około 7:00 i od razu zabraliśmy się za przygotowywanie śniadania (owsianka z brzoskwinią) oraz za pracę. Około 10:00 wyjechaliśmy w kierunku stolicy Słowenii.

W poszukiwaniu Langosza

Wyjeżdżając z Węgier zatrzymaliśmy się w bardzo ładnym, około 50-tysięcznym węgierskim mieście – Nagykanizsa. Najpierw zrobiliśmy zakupy w węgierskim Tesco, gdzie kupiliśmy Turo Rudi (mleczny batonik w czekoladzie, jedna z rzeczy, które warto kupić na Węgrzech) oraz wodę.

Później pojechaliśmy do bardzo ładnego centrum, gdzie próbowaliśmy znaleźć miejsce sprzedające jedną z tradycyjnych węgierskich potraw – langosza. Niestety, nie znaleźliśmy takiego miejsca, większość miejscowych nie mówiła po angielsku, co nie ułatwiało nam zadania. Przeszliśmy się jednak po bardzo ładnej starówce.

Spotkanie z Janezem

W stolicy Słowenii – Lublanie mieliśmy spędzić dwa dni. Pierwszy raz podczas tej podroży, znaleźliśmy hosta za pomocą portalu Couchsurfing. Jest to strona internetowa, gdzie osoby, które mają np. wolny pokój w domu mogą zaoferować bezpłatny nocleg lub/i swoje towarzystwo podróżnikom odwiedzającym ich miasta.

Do Janeza, który był naszym gospodarzem (mieliśmy spać w busie u niego w ogrodzie) napisałem dzień wcześniej. Mimo iż na moim profilu nie było żadnych referencji od hostów (nie korzystałem wcześniej z couchsurfingu) zgodził się na naszą wizytę.

Nie wiedzieliśmy do końca czego się spodziewać. Janez okazał się jednak bardzo miły. Mieszka w niewielkim domu na obrzeżach stolicy Słowenii ze swoimi dwoma córkami, synem oraz żoną Nataszą. Kiedy dotarliśmy na miejsce, wszystko nam pokazał. Wzięliśmy też szybki prysznic i wspólnie z nim wyruszyliśmy do centrum, gdzie mieliśmy spotkać się z jego kolegą z firmy, pracującym w oddziale w Wiedniu.

Lublana nocą

Około 18:00 byliśmy już w centrum. Lublana wywarła na nas pozytywne wrażenie, miasto wydaje się dość spokojne, jest w nim wiele zieleni oraz sporo ładnych, zabytkowych budynków. Starówka jest bardzo zadbana i ułożona. Janez pokazywał nam różne ciekawe miejsca i opowiadał o nich jak prawdziwy przewodnik.

Wspólnie z Janezem oraz jego kolegą, który wracał z dziewczyną z wakacji w Chorwacji, po krótkiej przechadzce po starówce udaliśmy się do wysokiego budynku, na którego dachu znajduje się bar, z którego widoczna jest cała Lublana.

W barze spędziliśmy jakiś czas, rozmowa układała nam się bardzo dobrze. Po pewnym czasie zmieniliśmy lokal na taki, który serwuje słoweńskie jedzenie. Trafiliśmy akurat na grupę folkową, która grała tam coś w rodzaju koncertu. Mogłem więc potańczyć trochę w słoweńskim „pociągu”.

Zamówiłem tradycyjną lokalną krajanską kiełbasę, Kasia wybrała zaś strudle z serem i grzybami. Obie potrawy były dość solidnych rozmiarów i bardzo nam smakowały.

Po jedzeniu udaliśmy się do Metalkova, alternatywnej dzielnicy Lublany, podobnej nieco do duńskiej Christianii czy litewskiego Zarzecza. Mieliśmy iść do kolejnego baru, odbywał się tam jednak jakiś koncert i nie było miejsca.

Na koniec udaliśmy się do jakiegoś klubu, zanim się obejrzeliśmy była już godzina 2:00, byliśmy już bardzo śpiący. Rozstaliśmy się z kolegą Janeza i jego dziewczyną i razem z Janezem udaliśmy się do domu.

Czekało nas jeszcze rozkładanie łóżka, spać położyliśmy się więc dopiero około 3:00. To był długi, intensywny ale bardzo fajny dzień.

Dziś przejechaliśmy XXX kilometrów.

Komentarze

Komentarzy