Chyba pierwszy raz na tej wyprawie obudziliśmy się przed budzikiem! Wstaliśmy około 7:30 i mimo iż położyliśmy się późno, byliśmy dość wyspani. Tym razem obudziło nas słońce – ze względu na chłodny wieczór spaliśmy z zamkniętym szyberdachem, po wschodzie w busie zaczęło się robić dość ciepło.
Po złożeniu łóżka, Kasia od razu wzięła się za montaż. Dopiero kończymy pierwszy odcinek, a jest już przecież 5 dzień podróży i pracy z każdym kolejnym dniem przybywa. Ja w tym czasie wyszedłem obejrzeć rest place, na którym spaliśmy. Spotkałem pana pracującego tu jako zarządca-ochroniarz. Pan był bardzo miły, pytał się czy dobrze nam się spało oraz skąd jesteśmy. Podczas rozmowy powiedział, żebym poszedł z nim do budki, w której mieszka i do jego samochodu. W samochodzie miał worek z niewielkimi mołdawskimi jabłkami, które wyglądały jak papierówki. Dał mi ich około dziesięciu, z racji, że nie miałem w co je zabrać, kazał mi brać je w koszulkę. Nie chciałem brać tak dużej ilości, ale nie zgadzał się na odmowę. Wziąłem więc ofiarowane mi jabłka i zaniosłem do naszego busa. My odwdzięczyliśmy się miłemu panu naszą smyczą oraz pocztówką, na której napisaliśmy pozdrowienia i podziękowania.

Przed śniadaniem zjadłem dwa, jedno posłużyło mi jako dodatek do płatków owsianych, które przygotowałem na śniadanie. Tym razem oprócz suszonej żurawiny i rodzynków, dodatkami do nich były też kawałki jabłka oraz jeżyny, które kupiliśmy wczoraj na Ukrainie.

Z naszego miejsca noclegowego udaliśmy się w kierunku Starego Orgiejowa, gdzie w wiosce Trebujeni mieliśmy wziąć udział w warsztatach kulinarnych z przygotowywania placinty – tradycyjnego mołdawskiego dania.

W Casa din Lunca, gdzie miały odbyć się warsztaty, byliśmy umówieni na 13:00, dotarliśmy jednak pół godziny wcześniej, a jej pracownicy byli jakby nieco zaskoczeni naszą wizytą. Przygotowaliśmy sprzęt i skorzystaliśmy ze znajdującego się tu wi-fi, aby sprawdzić maila oraz wrzucić jakieś zdjęcie na Insta Stories. Od czasu przekroczenia granicy z Mołdawią, nie mamy dostępu do Internetu, wcześniej zapewniał nam go nasz partner główny wyprawy – My Webspot. Jego usługi nie obejmują jednak terytorium Mołdawii.
Warsztaty zaczęliśmy kwadrans po pierwszej. Prowadziła je pani Ludmila. Niestety, przyniosła już gotowe ciasto, ominął nas więc proces jego wyrabiania, który jest dość prosty, ale mimo wszystko dobrze byłoby go obejrzeć. Podczas dość szybkich warsztatów, pokazano nam jak formować, wałkować oraz rozciągać ciasto na placintę oraz jak się ją nadziewa. Ta robiona w Casa din Luca, ma dość nietypowy kształt cyfry osiem (najpopularniejsza w Mołdawii jest placinta przypominająca kopertę). Taka placinta jest bardzo podobna do jednego z naszych ulubionych dań – bałkańskiego burka. Niestety, pani Ludmila nie mówiła po angielsku, na parę dość szczegółowych pytań odpowiedziała nam jednak dzięki uprzejmości jednego z gości pensjonatu, który pomógł w tłumaczeniu.


Podczas oczekiwania aż nasza placinta się upiecze, podano nam tradycyjną mołdawską zupę z kurczaka – zeamă. Słyszałem o niej wcześniej, ale nigdy nie miałem okazji jej próbować. Myślałem, że będzie bardziej przypominać nasz rosół, według mnie jest jednak zupełnie inna. Zeama była wyśmienita i to zdecydowanie pozycja, którą chciałbym nauczyć się przygotowywać i pokazać Wam wkrótce w serii kuchnie świata.
Po mniej więcej czterdziestu minutach, nasze placinty były gotowe. Jedną z nich zjedliśmy, popijając czerwonym mołdawskim winem (z racji, że w Mołdawii dopuszczalny limit alkoholu w wydychanym powietrzu to 0,00, Kasia jedynie zamoczyła język, a całe wino, jakie dostaliśmy musiałem wypić ja). Nie jestem raczej miłośnikiem wina, ale to było całkiem niezłe.

Za warsztaty, obiad, dzbanek wina oraz trzy placinty (dwie wzięliśmy ze sobą) zapłaciliśmy 20 euro. Miejsce i cała otoczka jest bardzo fajna, niestety odczuliśmy wrażenie jakby warsztaty były robione trochę „po łebkach”. Jest to pewnie spowodowane preferencjami turystów, których większość chce mieć tylko trochę zabawy robiąc jakieś tradycyjne danie i mieć możliwość pochwalenia się tym w mediach społecznościowych. Nas bardziej interesował cały proces. Pani Ludmila co prawda odpowiedziała później na wszystkie nasze pytania, które musiałem zadać, bo odpowiedzi na nie nie znalazłem podczas całego warsztatu.

Około godziny 15:00, wyruszyliśmy w kierunku mijanej wcześniej przez nas miejscowości Orheri, w celu nabycia lokalnej karty sim z Internetem. W centrum znaleźliśmy sklep sieci komórkowej MoldCell, gdzie za 80 lei kupiliśmy starter sim z dwoma gigabajtami internetu. Weszliśmy również do marketu, gdzie kupiliśmy na wszelki wypadek trzy butelki wody mineralnej oraz coś, co bardzo nas zainteresowało, piwo – Lwowskie Eksportowe. Dokładnie taki napis w języku polskim znajdował się na etykiecie. Piwo Lwowskie Eksportowe było flagowym produktem browaru we Lwowie, o którym więcej możecie przeczytać w naszym artykule o Lwowskim Muzeum Piwa. Nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się w sklepie w Polsce czy na Ukrainie z taką etykietą. Piwo kosztowało 14 lei mołdawskich, czyli około 3,2 zł, czyli jak na Mołdawię, dość dużo. W smaku nie było wybitne i przypominało produkowane w tym samym browarze dużo tańsze 1715.
Po wizycie w Orhei, udaliśmy się znów w kierunku Starego Orhei. Nocleg znaleźliśmy na upatrzonym wcześniej brzegu rzeki Raut, kilka kilometrów od skalnego klasztoru, który chcemy odwiedzić jutro. Podczas szukania noclegu, zapytałem dwóch napotkanych na ulicy chłopaków z plecakami czy są stąd, chcąc dowiedzieć się czy rzeka, obok której chcieliśmy się rozbić jest czysta. Powiedzieli, że są turystami z Paryża, jeden z nich, kiedy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, zaczął mówić w naszym języku, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Obaj byli zaciekawieni naszym kolorowym busem. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę na drodze i zaproponowaliśmy im, że jeśli chcą, to będzie nam bardzo miło jeśli później nas odwiedzą, pokazując okolicę, w której chcielibyśmy się rozbić.
Po zaparkowaniu busa przy drodze tuż przy płytkiej rzece, Kasia wróciła do pracy nad relacją wideo. Ja poszedłem przejść się po okolicy, aby zobaczyć czy nie ma gdzieś jeszcze lepszego miejsca. Kilkadziesiąt metrów od naszego samochodu znalazłem źródełko, znajdujące się chyba w kaplicy. Miejscowi przychodzili tu z baniakami, aby czerpać wodę, która nadaje się do picia. Sam również wziąłem nasze baniaki oraz pustą butelkę z wodą i uzupełniłem zapasy.
Kiedy poszedłem w drugą stronę, moim oczom ukazał się niecodzienny, przynajmniej dla mnie widok – koń ciągnący wóz z napisem taxi. Z racji, że wóz jechał w moją stronę, spytałem czy starszy pan prowadzący osobliwą taksówkę mnie podwiezie. Przejechałem w ten sposób około 200 metrów.

Później zacząłem robić zdjęcia do artykułu o Internecie w Mołdawii. Wtedy na horyzoncie ujrzałem spotkanych wcześniej Francuzów. Roman i Pierre, zgodnie z obietnicą odwiedzili nasz obóz. Jak się okazało, Roman jest filmowcem, pokazał więc Kasi kilka sztuczek, które mogła zastosować w naszym vlogu. Mówiący po polsku Pierre jest natomiast nauczycielem niemieckiego, a naszego języka nauczył się od swojego partnera, który jest Polakiem. Roman, oprócz pracy przy filmach, pracuje również jako przewodnik po Paryżu. Zarówno Pierre, jak i Roman sporo podróżują, mieliśmy więc wiele tematów do rozmowy, która upłynęła nam bardzo miło. Spotkania z ludźmi zdecydowanie należą do jednych z najfajniejszych elementów podróżowania, do tego czasem są zaskakujące. Kto mógł spodziewać się tego, że na mołdawskiej wsi spotkamy Francuza mówiącego po polsku?

Pierre i Roman opuścili nasz obóz po godzinie 20:00, obiecali jednak napisać do nas na Facebooku, możliwe więc, że nie było to nasze ostatnie spotkanie. My, korzystając z nieograniczonego dostępu do wody, umyliśmy się przy użyciu wody z baniaków oraz zjedliśmy na kolację placinty, które zostały nam z warsztatu. Ten dzień był zdecydowanie mniej intensywny niż poprzednie. Przejechaliśmy 189 kilometrów i powoli zaczynamy czuć ten dość powolny, ale niezwykle ciekawy mołdawski klimat.

