Eurotrip #7 Internet za granicą

Siedem dni podróży za nami. Z jednej strony wydaje nam się jakbyśmy wyjechali wczoraj, z drugiej wizyta w Czarnobylu czy Tunelu Miłości są tak odległe jakby miały miejsce kilka tygodni temu.

Niespodziewani goście

Dziś zgodnie z planem nie nastawialiśmy budzika i wstaliśmy chwilę po ósmej. Z racji, że tym razem położyliśmy się przed północą byliśmy bardzo wyspani. Złożyliśmy łóżko, na śniadanie zjedliśmy musli i przystąpiliśmy do pracy. Przestawiliśmy również samochód o kilka metrów do przodu tak aby nie stał w cieniu, a w nasłonecznionym miejscu (ze względu na panel solarny jaki posiadamy na dachu).

Kiedy Kasia montowała vloga, a ja pisałem artykuł naszym oczom ukazało się stado owiec przechodzące przez nasze obozowisko. Byliśmy nieco zaskoczeni tym widokiem – znajdujemy się w końcu kilkanaście kilometrów od centrum stolicy!

W poszukiwaniu Internetu

Około trzynastej wykorzystaliśmy nasz pakiet Internetu. Postanowiłem więc, że pójdę na stację benzynową znajdującą się przy drodze kilkaset metrów dalej i spróbuje kupić doładowanie. Trochę obawiałem się o to jak wytłumaczyć, że chcę kupić doładowanie. Z rozumieniem rosyjskiego idzie mi już całkiem nieźle. W Mołdawii używane są powszechnie dwa języki, urzędowym jest mołdawski (który uznawany jest za dialekt języka rumuńskiego), wielu mieszkańców posługuje się też właśnie rosyjskim. Z mołdawskim idzie mi trochę trudniej, jest mi nadal bardzo obcy i zapominam czasem jeszcze nawet podstawowych zwrotów takich jak bune ziła (dzień dobry), czy mulcumesk (dziękuje) lub błędnie je wymawiam.

Na szczęście na starsza pani pracująca na stacji benzynowej dobrze mnie zrozumiała. Okazała się bardzo miła więc porozmawialiśmy około 20 minut. Na stacji nie można było płacić kartą, na szczęście w portfelu zostało mi jeszcze 225 lejów mołdawskich (doładowanie 20 gb kosztowało 200, ok. 45 zł). Z Polskich akcentów w lodówce na stacji zauważyłem napój TIGER będący polską marką produkowaną przez Maspex.

W poszukiwaniu placinty

Mając doładowany telefon postanowiłem obejść jezioro i poszukać sklepu aby kupić coś do jedzenia. Z drugiej strony jeziora znajduje się Gratiesti – jedno z przedmieść Kiszyniowa. O dziwo udało mi się znaleźć sklep, w którym można było płacić kartą. Zakupy skończyłem na zakupie trzech niewielkich placint, które kosztowały od 4,5 do 6,5 lejów (od 1 do 1,5 zł) dwóch z mięsem oraz jednej z ziemniakami oraz czegoś co leżało obok a nie wiedziałem czym jest (okazało się, że to parówka w cieście). Do tego kupiłem również mołdawski kwas chlebowy w 1,5 litrowej butelce za 20 lejów (ok. 4 zł). Za wszystkie zakupy z mojego konta Revolut pobrane zostało łącznie 10,28 zł.

Najlepsza była placinta z ziemniakami, te kupione w sklepie znów były trochę inne od wszystkich które jedliśmy wcześniej.

Ognisko

Powrót do obozu zajął mi trochę więcej niż zakładałem, początkowo chciałem obejść jezioro, ale idąc wzdłuż drogi nigdzie nie było skrętu do tego aby to zrobić mimo iż przeszedłem już z kilometr za jego obręb. W momencie kiedy zdecydowałem się zawrócić minąłem pana z owczarkiem niemieckim prowadzonym na długiej smyczy, która wygląda trochę jak pas (następnym razem postaram zrobić zdjęcie, bo spotkałem już sporo ludzi wyprowadzających tu psy na właśnie takich smyczach). Tego samego pana spotkałem znów obok naszego obozowiska. Wyszło więc na to, że droga obejścia jeziora nie była zbyt krótka ale dało się to zrobić.

Wspólnie z Kasią zjadłem placinty z mięsem i wypiliśmy kwas chlebowy. Kwas chlebowy marki Kwassica w butelce jest w smaku chyba taki sam jak lany.

Dziś nie jeździliśmy samochodem, nasz dodatkowy akumulator zasilany był tylko z panela słonecznego. Zaczął sygnalizować niski stan naładowania, postanowiliśmy aby więc trochę odpoczął i zamknęliśmy komputery postanawiając zrobić ognisko.

W okolicy zebraliśmy trochę gałęzi i kawałków drewna, z których ułożyliśmy konstrukcje czekającą aż zacznie się ściemniać. Kiedy tak się stało rozpaliliśmy ognisko i siedliśmy przy nim na kocu.

Podsumowanie

Na kolacje tym razem również zjedliśmy zupki chińskie, które niestety musiały zaszkodzić Kasi, która lekko się zatruła. Na szczęście mamy dobrze wyposażoną apteczkę i problem łatwo udało się rozwiązać.

Kiedy będziemy w Kiszyniowie zrobimy większe zakupy i może  końcu będę mógł ugotować coś bardziej ambitnego. Jutro mamy zamiar wybrać się do największej i najsłynniejszej mołdawskiej winnicy, która swoimi korytarzami z winem tworzy niemal podziemne miasto – Cricovy.

Dziś przejechaliśmy dokładnie 10 metrów!

Komentarze

Komentarzy