Obudziliśmy się około 9:00. To całkiem niezły wynik, biorąc pod uwagę wczorajszy dość męczący dzień. Parking powoli zaczynał się zapełniać, a my przystąpiliśmy do przepakowania busa. Następne cztery dni mamy spędzić w hotelach, do których zostaliśmy zaproszeni przez organizację turystyczną Portugalii. Ogarnęliśmy więc rzeczy tak, aby mieć wszystko potrzebne ze sobą i nie musieć co chwilę wracać się do busa.
Najbardziej na zachód
Kolejny dzień i kolejny najdalej wysunięty punkt Europy – tym razem na zachód. Cabo de Roca to niewielki przylądek znajdujący się na północ od Lizbony, jest bardziej popularny i bardziej turystyczny niż odwiedzony przez nas Przylądek św. Wincentego. Cabo de Roca przypomina mi trochę Nordkapp, który odwiedziliśmy dwa lata temu podczas naszej wyprawy na Koło Podbiegunowe.
Po krótkiej wizycie na przylądku, udaliśmy się do oddalonego o 30 minut drogi hotelu. Mapy Google trochę zaszalały i chciały poprowadzić nas bardzo stromą, gruntową drogą, ostatecznie jednak wybraliśmy objazd.
Pałac jak z bajki
Po przełożeniu rzeczy do hotelu, wyruszyliśmy do Pałacu Narodowego Pena. Droga była dość kręta i trudna do zapamiętania, a mój telefon był prawie rozładowany (11%). Do pałacu dojechaliśmy około 18:00, mając jeszcze 7% baterii. Z racji, że o tej godzinie turystów jest już trochę mniej, udało nam się zaparkować całkiem blisko pałacu.
Uznawany za jeden z siedmiu cudów Portugalii pałac jest niesamowity. To jedno z najpiękniejszych miejsc wzniesionych przez człowieka, jakie w życiu widziałem. Jest wręcz baśniowy, aż ciężko opisać go słowami. Zresztą zobaczcie sami na naszym filmie. Wkrótce przygotujemy o nim osobny artykuł ze zdjęciami i informacjami praktycznymi.
Nocleg
Sytuacja, w której nie musimy martwić się o to, gdzie będziemy spać jest bardzo komfortowa. Po zwiedzaniu pałacu udaliśmy się do hotelu, do którego dojechaliśmy mając 1% baterii. Postanowiliśmy, że dziś wieczorem nie będziemy pracować, co prawie się nam udało (wysłałem tylko jednego maila). Po prysznicu zajęliśmy się rozrywką – obejrzeliśmy dwa odcinki serialu „The 100” i około północy poszliśmy spać.
Dziś przejechaliśmy 54 kilometry.
