Eurotrip #9 Jak wygląda Mc Donald’s w Mołdawii

Ile to już dni jesteśmy w Mołdawii? Cztery, pięć? Powoli sam gubię rachubę, w podróży to normalne. Dni zaczynają się z czasem zlewać, traci się poczucie czasu. Wczoraj był wtorek czy czwartek? Kiedy jedziemy przed siebie to nieistotne! Nieważne od ilu dni jesteśmy w Mołdawii, dziś nadszedł dzień odwiedzenia jej stolicy – Kiszyniowa.

Poranek

Planowo mieliśmy wstać o 6:00, kiedy zadzwonił budzik, wspólnie uznaliśmy, że to jednak za wcześnie. Kasia wstała o 7:00, a ja wyjątkowo pół godziny później. Zebranie prania, które jeszcze nie do końca wyschło, herbata oraz kanapki z pasztetem na śniadanie i już siedzieliśmy w busie.

Najspokojniejsza stolica Europy

Naszym celem był Kiszyniów, miasto, które mieliśmy okazję odwiedzić już w zeszłym roku i które pozytywnie wyryło się w naszej pamięci. Miasto, w którym niby nic nie ma, a jest w nim jednak to coś. Gdybym miał określić Kiszyniów dwoma słowami powiedziałbym, że jest to najspokojniejsza stolica Europy. To w sumie trzy słowa, ale świetnie oddają klimat miasta.

Jest tu oczywiście dużo bardziej gwarno niż w wioskach i innych mołdawskich miastach, jeśli natomiast porównamy go z Warszawą, Pragą czy Budapesztem jest naprawdę spokojne. Miasto, mimo iż jest trzykrotnie większe od Kielc, wydaje się jakby bardziej ciche. Nie ma tu strefy płatnego parkowania, a mimo to znalezienie miejsca parkingowego w samym centrum zajmuje chwilę. Nie ma tu wielkich międzynarodowych korporacji i szklanych wieżowców. Kiszyniów to miasto nieszablonowe, z jednej strony znajdziemy tu sentyment za Związkiem Radzieckim, z drugiej strony potrzebę szybkiej europeizacji i gonienia Zachodu. Kiszyniów to miasto, w którym nie ma wielu zabytków, czy miejsc do oglądania. Według nas jest jednak ciekawe jako cały organizm, a przyjechać do niego warto, aby poczuć jego pewnego rodzaju niezwykły klimat.

Zwiedzanie Kiszyniowa

Zwiedzanie Kiszyniowa rozpoczęliśmy spod Łuku Triumfalnego, nieopodal którego zostawiliśmy samochód. Początkowo udaliśmy się do Punktu Informacji Turystycznej, gdzie skorzystaliśmy z WiFi oraz zaciągnęliśmy kilka rad dotyczących miasta.

Gdy tylko wyszliśmy, zaczęło dość intensywnie padać, udaliśmy się więc do znajdującego się naprzeciwko McDonalda. W Mołdawii ta sieć nie ma lokalu nigdzie poza stolicą. McDonald wystrojem i kolorystyką przypomina trochę McDonaldy w Polsce pod koniec lat 90 i na początku lat 2000. Zamówiliśmy frytki i hamburgera oraz cheese lavash. Lawasz to tradycyjny armeński placek, przypominający trochę tortillę, nie spotkaliśmy się z nim jednak nigdy w McDonalds. Hamburger w środku był taki jak u nas, bułka była jednak nieco inna w wyglądzie i smaku. Serowy Lawasz w środku miał szynkę oraz ser, taki jak używany jest w cheesburgerach. Kasi nie smakował, dla mnie może być.

Kiedy pogoda się poprawiła udaliśmy się do Wodnej Wieży, gdzie mieści się małe muzeum miasta i skąd można obejrzeć widok na panoramę Kiszyniowa. Wejście do muzeum kosztowało po 10 lejów za osobę (ok. 2,5 zł).

Z Wieży Wodnej poszliśmy do Muzeum Etnograficznego, po drodze mijając Muzeum Historii oraz kilka innych ciekawych budynków. Muzea Etnograficzne to zdecydowanie nasze ulubione rodzaje muzeów. To w Kiszyniowie mieści się w pochodzącym z 1889 roku budynku o dość egzotycznym wyglądzie. Wejście do Muzeum Etnograficznego również kosztowało 10 lejów (ok. 2,5 zł) za osobę. Muzeum w dość starym stylu, wiele ekspozycji czy rysunków zostało wykonanych ręcznie. Nie ma w nim nowoczesnych gablot czy gry światłem, w wielu salach natomiast znajdują się efektowne i ciekawe malunki. Znajdziemy tu dużo eksponatów związanych ziemiami, na których leży Mołdawia od czasów prehistorycznych do teraz. Jeśli mielibyśmy wybrać jedno muzeum w Kiszyniowie, które mamy polecić, to zdecydowanie byłoby to Muzeum Etnograficzne.

Po wizycie w Muzeum Etnograficznym pochodziliśmy jeszcze trochę po mieście odwiedzając miejsca, w których byliśmy już rok temu, aby porobić zdjęcia do artykułu Kiszyniów – zwiedzanie w jeden dzień (artykuł będzie dostępny wkrótce)

La Placinta

Zmęczeni zwiedzaniem oraz głodni, postanowiliśmy udać się do miejsca, które polecało nam kilka osób. La Placinta to sieć restauracji z lokalną mołdawską kuchnią. Kasia zamówiła papanasi (smażone pączki ze śmietaną) oraz mrożoną kawę, która kojarzyła jej się z ostatnią wizytą w Kiszyniowie, kiedy w porównaniu do dzisiaj panował ogromny upał. Ja zdecydowałem się na kulki mamałygi oraz zeamę, zupę z kurczaka, którą jedliśmy już drugiego dnia pobytu w Mołdawii.

Lenin wiecznie żywy

Pisałem już, że Mołdawianie mają sentyment do Związku Radzieckiego. Z jednej strony wiedzą, że taki Lenin przynajmniej oficjalnie w Europie jest passe, więc starają się tego za bardzo nie eksponować. W wielu miastach znajdziemy jednak pomniki Lenina, który w Mołdawii jest szczególnie popularny. Nie inaczej jest w Kiszyniowie, nie zajmuje on jednak miejsca na cokołach w najważniejszych punktach miasta, jest trochę z boku, w Parku Valea Morilor, gdzie towarzyszą mu popiersia Trockiego oraz Marksa.

Gagauzja

Zwiedzanie stolicy Moławii kończyliśmy około godziny 19:00. Musieliśmy zastanowić się w jakim kierunku się wybierzemy – do bliższego Nadniestrza, czy nieco dalszej Gagauzji. Ostatecznie postawiliśmy na to drugie. Za cel obraliśmy sobie jezioro Komrat, obok stolicy Autonomii Gagauskiej – miasta o takiej samej nazwie.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie kupić piersi z kurczaka, które zjedliśmy w kanapkach zrobionych z chleba, który został nam jeszcze z przedwczoraj.

Podsumowanie

Kiedy dojeżdżaliśmy do Komratu zaczęło się ściemniać, a na horyzoncie coraz częściej pojawiały się błyskawice. Gdy byliśmy już w naszym potencjalnym miejscu noclegowym, burza była coraz bliżej, dojazd tam nie był najłatwiejszy, mimo iż było sucho. Obawiając się deszczu i tego, że jutro możemy stąd nie wyjechać, zdecydowaliśmy się udać na mijaną wcześniej stację i zapytać o to, czy znają jakiś parking, gdzie można zatrzymać się na noc.

Bardzo miły pan ze stacji powiedział, że jeśli chcemy to możemy zaparkować na stacji, tuż obok kompresora. Z racji, że było już po 23:00, od razu przystaliśmy na jego propozycję. W ramach podziękowania dałem mu naszą firmową smycz na klucze. Widać było, że bardzo ucieszył się z podarku. Wskazał nam też łazienkę i powiedział, żebyśmy czuli się swobodnie korzystając z niej.

Tego dnia przejechaliśmy 125 kilometrów.

Komentarze

Komentarzy