Eurotrip #60 Komunistyczna utopia ku pokojowi

Dziś obudziliśmy się w pięknych okolicznościach przyrody. Mimo iż nie spaliśmy na samym szczycie, a zjechaliśmy kilka kilometrów od niego, było bardzo pięknie i niesamowicie pusto. Aż do momentu naszego wyjazdu (około godziny 11:00) na ogromnym parkingu nie pojawił się żaden samochód.

Megality

Przyszedł czas, aby udać się do miejsca, które chcieliśmy odwiedzić wczoraj. Dwie megalityczne (stworzone z ogromnych kamieni) budowle pochodzące sprzed 5-5,5 tysiąca lat – Dolmen de Menga oraz Dolmen de Viera tworzą wspólnie z innym oddalonym o około 4 kilometry dolmenem „Kosmiczne Miasto”. Ze względu na tajemniczość tych budowli, w przeszłości przypisywano im kosmiczne pochodzenie, podobnie jak piramidom, czy innym budowlom sprzed tysięcy lat.

Szczególne wrażenie wywarł na mnie Dolmen de Menga, który jest największą znaną budowlą tego typu. Co prawda byłem już w ciekawych grobowcach i innych podobnych budowlach, np. niesamowitym Skarbcu Atreusza, mylnie uważanym dawniej za Grobowiec Agamemnona, który odwiedziliśmy 14 dnia naszej podróży na Bałkany. Tamta budowla była zdecydowanie bardziej podniosła i robiła ogromne wrażenie. W tym przypadku ogromne znaczenie odgrywa to, że Dolmen de Menga jest o 3 tysiące lat starszy i w porównaniu do Greków, o cywilizacji, która go stworzyła nie wiemy prawie nic.

Dolmeny od 2016 roku wpisane są na listę UNESCO. Wejście do nich jest bezpłatne, ale trzeba mieć bilet, który pobiera się w kasie, przy której spotkaliśmy dwójkę Peruwiańczyków, którym wczoraj pomogliśmy odpalić samochód.

Komunistyczne miasto Marinaleda

Następnie udaliśmy się do oddalonej o około 60 kilometrów miejscowości Marinaleda, gdyby nie jeden mały szczegół nie różniłaby się od setek małych andaluzyjskich miejscowości. Szczegółem tym jest to, że jest to komunistyczne miasto, którego mieszkańcy mają prawo do zatrudnienia, a zarówno rolnicy pracujący w należącej do gminy spółdzielni, jak i burmistrz mają tę samą pensję (ok. 1250 euro miesięcznie).

O mieście zrobiło się głośno, gdy około 2010 roku opisał go angielski dziennik Guardian. Miasto przez zwolenników socjalizmu podawane było jako przykład, że ideę komunistyczną można z powodzeniem wdrożyć w życie. W okresie kryzysu, gdy w Andaluzji bezrobocie przekraczało 30%, tu było pełne zatrudnienie (ludzie nie pracowali jednak na pełen etat, ale określoną liczbę godzin). Mieszkańcy mieszkają w domach, które nie należą do nich, płacąc przy tym jedynie 15 euro czynszu. W mieście nie ma policji, przez co udało się zaoszczędzić 350 tysięcy euro rocznie.

Co ciekawe, miasto jest podawane jako przykład, że socjalizm nie działa przez przeciwników tej doktryny. Co prawda wiele rzeczy funkcjonuje tam lepiej, niż w sąsiednich miejscowościach, miasto jest jednak dotowane przez Wspólnotę Andaluzji. Widać tu zresztą bardzo dużo tablic informujących o różnych projektach dotowanych przez Unię Europejską, Wspólnotę Autonomiczną Andaluzji czy Sewillę. Na wielu tablicach wkład własny gminy wynosił tylko kilka euro czy kilkadziesiąt euro (najmniejszy wkład własny jaki znaleźliśmy na tablicy wynosił 97 eurocentów!).

Anarcho-komuniści z Niemiec

Kiedy przechodziliśmy po kompleksie sportowym im. Che Guevary, oglądając znajdujące się tu graffiti, obok hali sportowej zobaczyliśmy dwóch chłopaków siedzących przy kamperze. Myśleliśmy, że to Francuzi, ale jak się okazało kamper nie jest ich. Od dwóch tygodni mieszkają w hali sportowej i pracują w mieście.

Do Marinaledy przyjechali po tym, jak o miejscu dowiedzieli się z jednej z gazet. W Niemczech nie podoba im się wysoka kontrola oraz panujący tam kapitalizm. Tu mówią, że czują się częścią społeczności. Ich celem jest pomieszkać w mieście kilka lat, a następnie kupić łódź i pojechać na Karaiby.

Podczas rozmowy z nimi dowiedzieliśmy się o mieście sporo rzeczy, mogliśmy spytać o to jak miasto funkcjonuje bez policji oraz o to, jak otrzymali tu pracę. W mieście oprócz nich jest również duża grupa Francuzów oraz paru przedstawicieli innych narodowości, którzy przyjechali tu, aby spróbować życia w komunistycznej utopii.

Camino del Rey

Nocleg znaleźliśmy kilka kilometrów od słynnego szlaku Camino del Rey. Wcześniej zrobiliśmy zakupy, na kolację tym razem zrobiliśmy coś mało związanego z Hiszpanią – hamburgery. Kupione w Mercadonie gotowe, zmielone i uformowane mięso nie było najwyższej jakości, szkoda, że nie miałem też ze sobą patelni grillowej. Mimo wszystko posiłek był dość okej.

Wieczorem popływałem trochę w jeziorze, poszedłem spać około północy. Kasia nadrabiała trochę montaż i spać położyła się dopiero około godziny 2:00. Dziś przejechaliśmy 155 kilometrów.

Komentarze

Komentarzy