Eurotrip #45 Carcassonne oszpecone

Noc była wspaniała! Pierwsza od wielu dni kiedy nie było duszno i bardzo gorąco. Strefa piknikowa była bardzo spokojna, samochody zaczęły się tu pojawiać dopiero rano i to w liczbie tylko kilku. Nie zbieraliśmy się jakoś specjalnie szybko, ja siedziałem w łóżku i przygotowywałem relacje, a Kasia zajęła się śniadaniem – kaszą kuskus, której nie jadłem. Zebraliśmy się stąd około godziny 11:00.

Do Carcassonne mieliśmy jakąś godzinę drogi, zatrzymaliśmy się jeszcze na zakupy w markecie i po zjedzeniu drugiego (w moim przypadku pierwszego) śniadania, stawiliśmy się pod bramą słynnego zamku. Zamek zdecydowanie robi wrażenie, jest to chyba moja ulubiona forteca. Byliśmy tu już w 2015 roku, od tego czasu zmieniła się jedna rzecz – na zamku pojawiła się pewna instalacja artystyczna, którą możecie zobaczyć i ocenić na vlogu. Mieszkańcy w większości ją krytykowali i uważali, że szpeci średniowieczny zamek.

Po zwiedzaniu zamku pojechaliśmy w kierunku Andory. W planach mieliśmy piknik w Pirenejach, w jakimś fajnym miejscu noclegowym. 60 kilometrów wcześniej, chwilę przed zamknięciem marketu, kupiliśmy wszystkie potrzebne na niego rzeczy – bagietkę, ser, oliwki, kiełbasę chorizo, chrupki, ziemniaki, pomidory koktajlowe oraz francuskie różowe wino z flamingiem na butelce (wino należało raczej do tych tańszych, kosztowało niecałe 3 euro, ale na półce było go mało, więc uznaliśmy, że będzie to najlepszy wybór).

Nocleg w górach

Około godziny 20:00, po długim podjeździe dotarliśmy do naszego znalezionego wcześniej na park4night miejsca noclegowego. Miejsce wydawało się wspaniałe, znajdowało się około 200 metrów od bocznej górskiej drogi – były tu stoliki, bieżąca woda, a nawet WC. Oprócz nas, na dużej przestrzeni, znajdowała się też rodzina z dziećmi i kilkoro biwakujących starszych osób.

Rozłożyliśmy łóżko i przystąpiliśmy do przygotowywania kolacji. Kolacja znów w formie przystawek – ser Mimolette pokrojony w kostkę, chorizo pokrojone w plasterki, bagietka, oliwki, smażone na oliwie kawałki ziemniaków, smażone plasetki chorizo (trochę się przypaliły, bo robiłem je już po ciemku, kiedy akurat skończyła się bateria w latarce) oraz pomidory koktajlowe. Do tego chrupki i wino, którego nie mieliśmy jak otworzyć (nie mamy otwieracza).

Poszedłem do grupy biwakujących ludzi, Francuzi na pewno mają ze sobą otwieracz. Kiedy zapytałem czy mówią po angielsku powiedzieli, że troszkę i spytali: Espanol? odpowiedziałem: No, Polonia, wtedy jeden z biesiadników mówi, że w takim razie mogę mówić po polsku. Na 5 biwakujących osób, aż trzy to Polacy, którzy wyjechali tu z przyczyn politycznych w latach 80-tych. Jak się okazało jeden Pan pochodzi ze Starachowic – miejscowości oddalonej od rodzinnego miasta Kasi o niecałe 20 kilometrów.

Kolację jedliśmy przy świetle latarki oraz księżyca, który był prawie w pełni. Było tu trochę chmur, a z racji, że byliśmy w górach i do tego dość wysoko, noc zapowiadała się dość chłodno.

Spać poszliśmy około północy, dziś przejechaliśmy XXX km.

Komentarze

Komentarzy