Eurotrip #18 Jak wygląda rumuński festyn?

Miejsce, w którym spędziliśmy dzisiejszą i wczorajszą noc, to jedna z lepszych miejscówek podczas tej wyprawy. Po wczorajszym seansie horroru klasy D – Czarnobyl Reaktor Strachu, obudziliśmy się dość późno, bo dopiero o godzinie 9:00.

Na śniadanie Kasia znów zjadła kaszę kuskus, a ja z bułki i oliwy przygotowałem fettunty.

Klasztor i lokalny festyn

Naszym pierwszym celem tego dnia był klasztor Voronet, który znajdował się jedynie 5 kilometrów od naszego miejsca noclegowego. Klasztor, w przeciwieństwie do tego odwiedzonego przez nas wczoraj, był płatny (5 lejów, ok 4,5 zł za osobę). Monastyr posiada bogate polichromie, przedstawiające między innymi Sąd Ostateczny i stracenie niewiernych, pogan oraz wyznawców kościoła katolickiego.

Z klasztoru udaliśmy się w kierunku Syhotu, oddalonego o około 200 kilometrów. Niestety, prowadząca do niego górska droga, w większości nie pozwalała na szybką jazdę i nawigacja przewidywała pokonanie trasy w około 4,5 godziny.

Po przejechaniu 40 kilometrów trafiliśmy na zamkniętą drogę. Centrum było zablokowane, bo w mieście odbywał się konkurs ludowych zespołów tanecznych i muzycznych. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji i gdy tylko udało nam się zaparkować, ruszyliśmy oglądać różnorodne ludowe stroje oraz słuchać muzyki prezentowanej przez zespoły.

Na festynie oczywiście nie może zabraknąć czegoś na ząb. My daliśmy się skusić na kiełbasę z grilla oraz małe smażone rybki. Obie rzeczy były bardzo dobre. Kasia dziwiła się, że smakują jej całe ryby razem z głowami, bo dotychczas nie jadła ryb w takiej formie.

Nocleg w górach

Z racji, że trochę czasu zeszło nam na festynie, wiedzieliśmy, że dziś nie uda się odwiedzić Wesołego Cmentarza, jak to mieliśmy wcześniej w planach. W Syhocie wstąpiliśmy jeszcze do Lidla, gdzie zrobiliśmy zakupy na kolację.

Na jednym z forów znaleźliśmy ciekawą miejscówkę noclegową, dojazd do niej opisany był jako dość trudny i taki był. Ostatnie 6-7 kilometrów pokonaliśmy po kamienistej drodze, wjeżdżając coraz wyżej.

Tuż przed zmrokiem dotarliśmy do niewielkiej polany na szczycie góry, skąd rozciąga się widok na ukraińskie karpaty. Niestety, na wybojach baniak z wodą nieco się przechylił, a jego korek nie jest do końca szczelny. Niemal wszystkie rzeczy Kasi zostały zamoczone, musieliśmy je więc rozwiesić na sznurku.

Niedaleko nas grzmi, mamy nadzieję, że burza obejdzie nas bokiem i nie zamoczy schnących pod wiatą ubrań.

Na kolację zjedliśmy kupione wcześniej w Lidlu kiełbaski. Kiełbaski były dużo grosze od tej, którą jedliśmy na festynie. Przygotowaliśmy je na ognisku, a właściwie nad węgielkami z ogniska, które rozpaliliśmy wcześniej.

Ja umyłem się też w przepływającym nieopodal strumienu.

Dziś przejechaliśmy 245 kilometrów.

Komentarze

Komentarzy