Trzeci dzień zaczęliśmy pobudką o godzinie 4:15. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale nie było już ciemno, dookoła nas unosiła się klimatyczna mgła. Wieczorem na busie zostawiliśmy nasze stroje kąpielowe w nadziei, że przez kilka godzin trochę podeschną. Jednak z powodu wilgotnego powietrza były bardziej mokre niż wieczorem.
Droga do Kijowa
Udało nam się dość szybko zebrać, nie robiliśmy żadnej kawy ani herbaty, a na śniadanie w trakcie pakowania zjedliśmy trochę musli. Po trzydziestu minutach siedzieliśmy już w samochodzie, jadąc w kierunku Kijowa.
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów zrobiliśmy krótki postój na stacji na kawę i toaletę. Duża Latte kosztowała nas 25 hrywien (ok. 3,50 zł). Ceny jedzenia i produktów spożywczych na ukraińskich stacjach zazwyczaj są sporo wyższe, niż w innych miejscach. Duży hot dog na stacji kosztuje około 40 hrywien (ok. 5,70 zł), dla porównania, w zwykłych budkach to koszt około 15 hrywien (ok. 2,15 zł).
W drodze do Kijowa przywitało nas piękne czerwone słońce, które wschodziło nad zamglone pola. Jakość nawierzchni była, jak na standardy ukraińskie, bardzo dobra i cały czas mieliśmy zapas czasu.

Do stolicy Ukrainy wjechaliśmy około siódmej. W mieście nie było jeszcze dużych korków i dotarcie na miejsce spotkania zajęło nam tylko pół godziny. Mając trzydzieści minut, postanowiliśmy poszukać sklepu, aby kupić jakieś bułki, z których zrobimy kanapki na nasz pobyt w Czarnobylu. Niestety, Kijów budzi się do życia trochę później niż Kraków czy Warszawa. Wszystkie pobliskie sklepy oraz inne miejsca otwierały się dopiero od godziny ósmej.
Czarnobyl
O ósmej spotkaliśmy się z Olegiem, naszym przewodnikiem i jednym z właścicieli Chernobyl Adventure. Oleg jest przewodnikiem po Czarnobylu od 2012 roku i widać, że naprawdę pasjonuje go to miejsce. Na początku, Oleg sprawdził nasze paszporty oraz wręczył nam liczniki Geigera. W drodze do ZONY, która oddalona jest od Kijowa o ponad 100 kilometrów, nasz przewodnik omówił z nami kwestie bezpieczeństwa i nakreślił historię elektrowni oraz awarii, do jakiej doszło 26 kwietnia 1986 roku.
Po półtorej godziny drogi, dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego, gdzie odbywa się sprawdzanie paszportów – każdy z odwiedzających legalnie ZONĘ, musi posiadać stosowne pozwolenie. Przed punktem kontrolnym zmieniliśmy również ubrania – w ZONIE wymagane jest posiadanie długich spodni oraz pełnego obuwia. Podyktowane jest to względami bezpieczeństwa – najwyższe promieniowanie jest zazwyczaj przy gruncie. Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej o zwiedzaniu Czarnobyla, przeczytajcie ten artykuł.
Po pierwszym punkcie kontrolnym pojechaliśmy do jednej z wielu wiosek, które zostały ewakuowane na skutek awarii. W liczącej niegdyś 400 mieszkańców wiosce, obecnie nie mieszka nikt, mimo iż po awarii powróciło tam aż 60 osadników.


Naszym następnym punktem był Czarnobyl, który znajduje się 15 kilometrów od elektrowni atomowej. Pod znakiem wjazdu do Czarnobyla spotkaliśmy dwie grupy po kilkanaście osób. Obawialiśmy się przez to, że w ZONIE może być trochę tłoczno.

Czarnobyl obecnie zamieszkiwany jest przez pracowników elektrowni i innych zakładów obsługujących Zonę (naukowcy, strażnicy, itp.). System pracy w Zonie wygląda tak, że pracujące tam osoby mogą przebywać tam jedynie dwa tygodnie, po których przymusowo muszą opuścić jej teren na kolejne dwa tygodnie.

Po Czarnobylu udaliśmy się do parku robotów, gdzie znajdują się niektóre maszyny biorące udział w pracach zabezpieczenia terenu oraz usuwania skutków katastrofy.

Oko Moskwy – Radar Duga
Kolejnym punktem naszej trasy był słynny radar Duga, który w Polsce znany jest jako Oko Moskwy. Radar mający 700 metrów długości oraz 150 metrów wysokości, położony w głębokim lesie był największą tego typu konstrukcją na świecie. Jego zasięg szacowany był na 10 000 kilometrów, był on jednak bardzo awaryjny i nigdy w pełni nie działał. Oczywiście do czasu katastrofy w elektrowni atomowej, był to projekt ściśle tajny, władze utrzymywały, że był tam obóz młodzieżowy. Radar widoczny jest z daleka, od najbliższej drogi dojazdowej oddalony jest jednak o ponad 5 kilometrów, a teren jest strzeżony przez wojskowych. Przed wejściem na teren radaru, należy okazać dokumenty poświadczające legalność pobytu w Zonie. Oprócz nas i naszego przewodnika w tym miejscu nie było nikogo.

Około czternastej, pierwszy raz ujrzeliśmy elektrownię oraz Arkę, znajdującą się nad uszkodzonym w wyniku nieudanego eksperymentu reaktorem numer cztery. Arka to ukończona w 2016 roku konstrukcja, która została nałożona na wcześniejsze zabezpieczenie reaktora – Sarkofag. Arka ma być o wiele trwalsza, jej okres użyteczności szacowany jest na 100 lat. Cała konstrukcja ma 120 metrów wysokości.

Obiad obok Elektrowni Atomowej w Czarnobylu
Przed godziną piętnastą dotarliśmy do znajdującej się w pobliżu elektrowni stołówki. Stołówka ta działała również przed awarią, a jej menu od tamtego czasu podobno nie uległo zmianie. Zawsze jest tam podawany barszcz, kotlet z kurczaka z ziemniakami, zestaw surówek, dwa naleśniki z serem oraz szklanka kompotu i soku jabłkowego. Przed wejściem na stołówkę, obowiązkowo trzeba przejść sprawdzanie poziomu promieniowania.

Po posiłku udaliśmy się nad znajdującą się w pobliżu elektrowni rzekę, która pełna jest ryb. Wśród nich, największymi i najbardziej okazałymi są oczywiście króle wód – sumy.

Później podjechaliśmy z drugiej strony Arki. Znajdowaliśmy się 300 metrów od uszkodzonego reaktora. Promieniowanie w tym miejscu może być nieco większe, więc ze względów bezpieczeństwa musieliśmy założyć bluzy z długim rękawem. Wchodząc na dach busa, wywołaliśmy lekką konsternację u strażników – z dachu mogło bowiem być widoczne to, co dzieje się po drugiej stronie pilnie strzeżonego muru. Miejsce to zdecydowanie robi wrażenie, byliśmy również niesamowicie zaskoczeni tym, że oprócz nas nie było tam żadnych turystów.

Prypeć
Ostatnim punktem naszej podróży po Zonie był Czerwony Las oraz Prypeć. Czerwony Las to miejsce na północny zachód od elektrowni. Po awarii, w tym kierunku wiał wiatr, który niósł ze sobą radioaktywny opad – spowodował on, że las obumarł i zmienił swój kolor na czerwony. Las został później wycięty i zakopany w miejscu, gdzie rósł. Obecnie jest to miejsce o najwyższym promieniowania w Zonie.

Przed wjazdem do Prypeci czekała nas kolejna bramka, na której minęliśmy się z ostatnią grupą odwiedzającą miasto. Wjeżdżając na teren miasta byliśmy więc jedynymi ludźmi w opuszczonym, czterdziestotysięcznym mieście. W jego zwiedzaniu towarzyszył nam jednak jeden obecny mieszkaniec Prypeci – lis o imieniu Semion.

Oleg oprowadził nas po najciekawszych budynkach oraz miejscach. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem wiedzy, jaką posiada o każdym z tych miejsc. Odwiedziliśmy między innymi kawiarnię Prypeć, posterunek policji, wesołe miasteczko, szpital, szkołę, supermarket oraz jeden z najlepiej zachowanych bloków, na którego dach weszliśmy. Pokonanie 16 pięter naprawdę było warte tego, aby ujrzeć z góry Prypeć, elektrownię oraz Oko Moskwy.

Droga powrotna
Około dziewiętnastej udaliśmy się w kierunku Kijowa. Wracając tą samą drogą, znów musieliśmy zatrzymać się na tych samych posterunkach. Tym razem my i nasz samochód byliśmy sprawdzani pod kątem promieniowania.
Około dwudziestej pierwszej dojechaliśmy do Kijowa, gdzie zostawiliśmy Olega. Udaliśmy się w kierunku jeziora obok Żytomierza. Niestety, zaczynało się już ściemniać, a my byliśmy dość zmęczeni, w końcu bardzo wcześnie zaczęliśmy ten emocjonujący dzień. Uznaliśmy, że znajdziemy jakiś sklep, aby kupić coś do jedzenia, a następnie poszukamy stacji benzynowej z dużym i spokojnym parkingiem, odpowiedniej na nocleg. W markecie kupiłem małą (ok. 35 cm) pizzę oraz pitny jogurt. W niektórych marketach sprzedawane są przygotowywane na miejscu pizze. Kosztują od 50 do 80 hrywien (od 7 do 11,50 zł). Pizze te nie są co prawda tak dobre, jak te we Włoszech lub wykonane z naszego przepisu. Spełniają jednak świetnie swoją podstawową funkcję – dobrze zaspokajają głód.
Nocleg na stacji
Stacji benzynowych na Ukrainie, szczególnie przy drogach szybkiego ruchu, jest bardzo dużo (są co kilka kilometrów). W większości jednak są to małe stacje, które nie nadają się na nocleg. Kilkanaście kilometrów przed Żytomierzem znaleźliśmy jednak stację idealną, oprócz dużej ilości miejsca, znajdowały się na niej również prysznice, z których można skorzystać po uiszczeniu opłaty 15 hrywien (ok. 2 zł) za osobę. Po prysznicu, chwilę po północy, szybko usnęliśmy po bardzo udanym, pełnym wrażeń, ale i męczącym dniu. Tego dnia byliśmy na nogach ponad 20 godzin, podczas których przeszliśmy około 20 kilometrów, a kolejne 582 przejechaliśmy samochodem.
