Eurotrip #4 Z wizytą u króla cyganów

To dopiero czwarty dzień, a my czujemy jakbyśmy byli w podróży już ze dwa tygodnie. Może jest tak dlatego, że początek był dość intensywny i jesteśmy dość daleko od domu? Tym razem nie musieliśmy się zrywać tak wcześnie, jak ostatnio. Budzik nastawiliśmy na 7:00, ale gdy zadzwonił wspólnie uznaliśmy, że dodatkowa godzina snu nam nie zaszkodzi.

Pożegnanie z Ukrainą

Pakowanie, poranna toaleta, śniadanie zjedzone na stacji i o 10:00 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Kierowaliśmy się w stronę Żytomierza, od którego droga trochę się popsuła.

Kierując się na południe, coraz bardziej czuć było zmianę klimatu Ukrainy na taki przypominający nieco Rumunię czy Mołdawię, do której właśnie zmierzaliśmy. Lasy zaczęły zastępować rozległe pola słoneczników i złote łany zboża, które ciągnęły się po horyzont.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze, aby zjeść obiad. Wiemy, że w późniejszych etapach podróży, ze względu na wyższe ceny, nie będziemy mogli zbyt często pozwalać sobie na takie luksusy. Tym razem chcieliśmy wykorzystać jeszcze fakt, że jesteśmy na Ukrainie i w przydrożnym barze znów zamówiliśmy varenyky z ziemniakami i pielmieni z mięsem oraz kompot. Całość kosztowała nas niecałe 70 hrywien, czyli poniżej 10 złotych.

Im bardziej zbliżaliśmy się do Mołdawii, tym gorszymi drogami się poruszaliśmy. Po drodze minęliśmy ciężarówkę z kołem urwanym na dziurze. Mimo iż uważaliśmy, nam również w pewnym momencie coś zaczęło lekko skrzypieć z prawej strony przedniej osi. Jeszcze nie namierzyliśmy źródła skrzypienia.

Ze względu na zły stan drogi, nasza podróż trochę się dłużyła. Przy jednym z przejazdów kolejowych kupiliśmy paczkę jeżyn. Pan, który je sprzedawał poczęstował nas również suszoną rybą, na której zakup jednak się nie skusiliśmy (zgodnie z prawem nie moglibyśmy przewieźć jej przez granicę).

Najspokojniejsze przejście graniczne świata

Około 17:30 dotarliśmy do przejścia granicznego przy Dniestrze, na którym oprócz nas nie było żadnego samochodu. Na przejście wjechaliśmy godzinę później. Żaden z funkcjonariuszy straży granicznej nie mówił po angielsku, byli oni jednak mocno zainteresowani naszym samochodem. Wszyscy strażnicy byli bardzo mili, jeden z nich zrobił nam nawet pamiątkowe zdjęcie. Na promie, który kosztował 150 hrywien lub 5 euro, byliśmy jedynym samochodem. Oprócz nas był tam również mieszkający w Mołdawii Rosjanin. Małżeństwo obsługujące przeprawę promową również było bardzo zainteresowane naszym busem, którego dokładnie oglądali i pytali czy byliśmy we wszystkich krajach, których flagi się na nim znajdują.

Po dobiciu do brzegu przeszliśmy kolejną kontrolę – tym razem ze strony mołdawskiej. Tu pracowników przejścia granicznego było już mniej – dwóch graniczników oraz jeden policjant. Podobnie jak Ukraińcy, i Mołdawianie byli bardzo mili i pozytywnie do nas nastawieni. Kiedy nasze dokumenty były sprawdzane w komputerze przez jednego z nich, z pozostałymi rozmawiałem mieszanką polskiego, ukraińskiego, rumuńskiego i rosyjskiego, o Mołdawii i tym, co według nich jest najciekawsze w ich kraju. Po otrzymaniu dokumentów musiałem jeszcze kupić winietę. Nie wiedziałem ile dokładnie będziemy w Mołdawii, mając do wyboru taką na 8 i 15 dni, mając na uwadze to, że chcemy nieco spowolnić tempo naszej podróży, wybraliśmy tą drugą.

Z  wizytą u Króla Cyganów

Około 19:30 dotarliśmy do oddalonych o 10 kilometrów od przejścia granicznego Sorok, które uznawane są za stolicę mołdawskich Cyganów. W planach mieliśmy zakup karty sim lokalnego operatora, aby uzyskać dostęp do Internetu (na Ukrainie korzystaliśmy z Internetu od naszego partnera wyprawy – My Webspot, nie obsługują oni jednak terytorium Mołdawii). Niestety, wszystkie sklepy ze starterami z Internetem otwarte były do 18:00.

Wiedząc, że Internet kupimy dopiero jutro, udaliśmy się do górnej części miasta, która słynie z cygańskich pałaców, które budowane są z ogromnym rozmachem. Niektóre budynki posiadają atlasy, kolumny czy konne posągi. Naszym celem było znalezienie mołdawskiego króla Cyganów – Arthura Cherari. Dotarcie do niego nie było trudne, każdy napotkany przechodzień potrafił bez zastanowienia wskazać nam drogę.

Baron Artur posiada duży, trzypiętrowy dom, przed którym stoi kilka starych samochodów. Wśród nich znajduje się limuzyna, będąca podarunkiem dla jego ojca od Jurija Andropowa, Sekretarza Generalnego KPZR w latach 1982-1984.

Kiedy dotarliśmy do jego domu, Kasia została w samochodzie, a ja wyszedłem na rozpoznanie terenu. Król Artur mówi w kilku językach – rumuńskim, romskim, rosyjskim, francuskim i jidysz, niestety nie pokrywają się one z tymi znanymi przeze mnie. Na szczęście, mam wysoką zrozumiałość wszystkich języków słowiańskich, a Król Artur dobrze rozumie polski. Rozmawialiśmy więc tak, że ja mówiłem do niego po polsku, a on do mnie po rosyjsku.

Po chwili poszedłem po Kasię i zaczęliśmy rozmowę z królem, który mówił o tym, że chętnie oprowadzi nas po swoim domu. Wspomniał też, że odwiedzający go goście zostawiają drobne datki, które pozwalają mu utrzymać dom oraz rodzinę. Zapytałem o to, jaka powinna być wysokość takiego datku, odparł, że tyle, ile nie będzie mi żal i uznam za stosowne.

Porcelanowe figurki

Na początku, król pokazał nam swoją kolekcję porcelanowych figurek, z których niektóre warte są podobno po kilkadziesiąt tysięcy euro. Znajdują się one w dwóch bardzo dużych pokojach. Dom składa się z niewielkiej ilości pomieszczeń, te w których byliśmy miały jednak zazwyczaj po około 40 metrów kwadratowych.

Oprócz porcelanowych figurek, w domu znajduje się też kolekcja akordeonów oraz pianino, na którym nasz gospodarz zagrał. Trzecie piętro domu nie jest wykończone, cały pałac, podobnie jak chyba wszystkie w okolicy, wygląda jakby cały czas był jeszcze w budowie. Ten stan w przypadku wielu domów trwa już od nawet kilkudziesięciu lat.

Herbata z cygańskim królem

Po obejrzeniu domu, zostaliśmy zaproszeni na wino lub herbatę. Z racji, że kierowałem samochodem, zdecydowaliśmy się na herbatę. Herbatę zaparzył nam sam król, wodę na nią i inne rzeczy przygotowała jednak jego żona, która siedziała tuż obok kuchni. We trójkę siedliśmy przy niewielkim stoliku i rozmawialiśmy o przeróżnych sprawach. Dobrze w tym momencie było widać, to że w społeczności cygańskiej kobiety znajdują się niżej w hierarchii.

Powoli zaczynało się ściemniać, po półtorej godziny zaczęliśmy się powoli zbierać. Na koniec zrobiliśmy sobie jeszcze wspólne zdjęcie – panu Arturowi bardzo zależało na tym, aby widoczny był na nim jego dom w pełnej okazałości. Kilkukrotnie podczas wizyty mówił, że jest z niego bardzo dumny.

Nasze wrażenia z wizyty były mieszane. Jestem bardzo zadowolony, że udało mi się dotrzeć w to miejsce. Co prawda pan Artur opowiadał, że dość często ma gości, a to że za wizytę składa mu się pieniężne datki może czynić ją trochę mniej autentyczną. Podczas wizyty mogłem zaobserwować wiele różnic oraz podobieństw pomiędzy Cyganami żyjącymi w Sorokach, a Romami z Lunika IX, o którym niedawno kręciłem film dokumentalny. Na Luniku miałem okazję odwiedzić mieszkanie Pepo – byłego starosty dzielnicy, czyli również kogoś w rodzaju „króla”. Różnice między nimi są jednak ogromne.

Nocleg

Około 21:00 wyjechaliśmy od Króla Cyganów. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, zdecydowaliśmy się na nocleg na rest place przy drodze M2, kilka kilometrów od Sorok. Miejsce to wygląda na stosunkowo nowe. Jest czyste i zadbane, znajduje się na nim co prawda tylko jedno WC z dziurą (tzw.”na Małysza”), które popularne są w Mołdawii, ale biorąc pod uwagę, że oprócz nas był tam tylko jeden samochód, w zupełności wystarczyło.

Tego dnia przejechaliśmy 354 kilometry Do łóżka położyliśmy się dość wcześnie, bo około 22:00, usnęliśmy jednak rekordowo późno – około 2:00, bo zajmowaliśmy się montażem vlogów oraz relacją.

Komentarze

Komentarzy