W końcu! Nastał dzień, na który każdy z nas długo czekał – tymi słowami rok temu rozpoczynałem relację z naszego czterdziestodniowego wyjazdu na Bałkany. Aż nie chce się wierzyć, że od tego czasu upłynęło już dwanaście miesięcy, znów nastał lipiec i znów czeka nas kolejna podróż.
To już czwarta duża wyprawa RoadTripBus, tym razem będzie różnić się od pozostałych pod kilkoma względami. Po pierwsze, jej długość odbiega od poprzednich, które miały 27-40 dni. Tym razem w planach jest ponad 100 dni podróży. Po drugie, podczas wyjazdu tworzymy nie tylko relacje w formie pisanej, jak miało to miejsce podczas wyjazdu na Koło Podbiegunowe i Bałkany, ale również relacje wideo. Ostatnie kilka miesięcy poświęciliśmy na naukę nagrywania, montażu oraz zaznajomienie z nowym sprzętem. Niestety, długa podróż oraz fakt tworzenia relacji wideo, wiąże się również z pewnymi wyrzeczeniami – zdajemy sobie sprawę, że tworzenie i obróbka vlogów będzie zajmować nam dodatkowe kilka godzin dziennie. Z tego powodu podjęliśmy decyzję, że na tym wyjeździe wyjątkowo nie będzie nam nikt towarzyszył. Była to chyba najtrudniejsza decyzja dotycząca tej wyprawy – podczas wcześniejszych wyjazdów poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi, którzy są teraz naszymi przyjaciółmi, a z większością uczestników naszych wcześniejszych tripów nadal utrzymujemy kontakt.
Przygotowania do wyjazdu trwały już od dobrych kilku tygodni. Na początku lipca weszły w końcową fazę. W samym busie, od czasu wyjazdu na Bałkany, pojawiło się kilka nowości – zrezygnowaliśmy z jednego fotela z drugiego rzędu, a zamiast tego zamontowaliśmy obrotnicę pozwalającą obrócić fotel pasażera do tyłu. Zabieg ten zwiększył nieco przestrzeń w naszym samochodzie. W maju zamontowaliśmy na dachu kupione rok wcześniej deski, tworząc tym samym taras, na który można dostać się po zbudowanej przez naszego kolegę drabince, przytwierdzonej do klapy bagażnika. Na przodzie tarasu przez Columbus Energy zamontowany został 100-watowy, elastyczny panel słoneczny, który dostarcza nam energii do drugiego akumulatora – będzie nam w tym roku bardziej potrzebna, ponieważ w trasę bierzemy ze sobą dwa laptopy, co ułatwi nam pracę w przygotowywaniu dla Was materiałów. Z tyłu busa zamontowaliśmy również wysuwaną szufladę, która nieco zmniejszyła naszą przestrzeń bagażową, ale znacznie ułatwiła dostęp do wszystkiego, co wieziemy pod swoim pokładem.
Obrona magistra
Sam termin wyprawy był zdeterminowany obroną pracy magisterskiej Kasi, która została wyznaczona na 9 lipca. Tego dnia, tuż po obronie mieliśmy udać się do moich rodziców, aby dokończyć pakowanie busa oraz całego sprzętu, który ze sobą zabieramy. Niestety, w mieszkaniu w Kielcach mieliśmy małą awarię instalacji elektrycznej – z problemem szybko pomógł mi uporać się mój kolega Marcin, który jest elektrykiem. Niestety, przez to wszystko do Staszowa dotarliśmy w nocy z kilkugodzinnym opóźnieniem. Zdecydowaliśmy, że pakowanie zaczniemy rano, co z pewnością opóźni naszą godzinę startu.
Ostatnie pakowanie
10 lipca wstaliśmy około godziny 6:00 rano i od razu zabraliśmy się do pracy. Ostatnie przymiarki, decydowanie co ze sobą wziąć, a co zostawić oraz układanie tego w busie zajęło kolejne 4 godziny, z przerwą na szybkie śniadanie. Około godziny 10:00 mieliśmy już spakowany cały potrzebny sprzęt obozowy, przystąpiliśmy więc do wyboru odzieży.

Około godziny 11:00 pożegnaliśmy się z moim Tatą i wyruszyliśmy w kolejną przygodę życia. Naszym pierwszym celem miało być niewielkie jezioro w miejscowości Bazaltowe na Ukrainie.

Pocztówki z wyprawy
Po drodze, jeszcze w Polsce wypisywaliśmy i wrzucaliśmy do skrzynek pocztówki dla wszystkich, którzy zapisali się na stronie, aby je dostać. Pocztówki wysyłaliśmy z różnych miejscowości, wśród nich znalazły się nawet Stany! 😉 Ktoś z Was dostał już może taką pocztówkę? Jeśli ktoś przeoczyliście informację o zapisach, to przypominamy, że pocztówki zza granicy, ze znaczkiem będziemy wysyłać do naszych patronów z Patronite. Jeśli chciałbyś zostać naszym patronem i dostać takie pocztówki, tu znajdziesz więcej informacji.
Kierując się w stronę przejścia granicznego w Zosinie, przypadkiem znaleźliśmy się w Szczebrzeszynie. Nie mogliśmy przepuścić tej okazji i wypowiedzieliśmy zdanie, z którego słynie to miasto, co uczyniliśmy na Rynku w towarzystwie pomnika słynnego Chrząszcza.

Szybka granica
Do granicy dojeżdżaliśmy około godziny 18:00. Pamiętając nasze ostatnie doświadczenia przy przekraczaniu granicy z Ukrainą, bardzo obawialiśmy się wielogodzinnej kolejki. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy przed przejściem granicznym okazało się, że w kolejce stoi tylko kilka samochodów. Nasze zdziwienie było jeszcze większe, kiedy okazało się, że samochody te stoją na pasie czerwonym (pas, gdzie stoją osoby mające jakiś towar do oclenia), a na pasie zielonym nie ma nikogo.
Zostaliśmy poproszeni przez pewną Panią o to, czy nie moglibyśmy zabrać ze sobą do Włodzimierza Wołyńskiego (pierwsze miasto za granicą) jej młodszych braci, którzy jadą odwiedzić rodzinę, bo na co dzień pracują w Polsce. Po chwili namysłu wzięliśmy na nasz pokład dwóch, około dwudziestoletnich chłopaków i wspólnie przekroczyliśmy granicę. Całość zajęła nam około trzydziestu minut. Celnicy, zarówno po stronie polskiej, jak i ukraińskiej, byli bardzo mili. Na przejściu nie odczuwało się też nerwowej atmosfery, która często ma miejsce w Korczowej.
Okazało się, że chłopaki mieszkają niedaleko Łucka, który był po drodze. Zabraliśmy ich więc jeszcze kolejne kilkadziesiąt kilometrów dalej, w międzyczasie rozmawiając trochę o Polsce i Ukrainie.
Tanie ukraińskie paliwo i droga ukraińska knajpa
Jakiś czas po wysadzeniu chłopaków, zdecydowaliśmy się zatankować. Za tankowanie 54,5 litra oleju napędowego zapłaciliśmy niecałe 205 zł. Paliwo na Ukrainie nadal jest dużo tańsze niż w Polsce – w ostatnich latach jednak sporo podrożało.
Około godziny 20:00 byliśmy już dość głodni i zdecydowaliśmy się, że spróbujemy zjeść coś po drodze. Niestety, kilometry mijały, a nam nie pokazywał się żaden Cafe – Bar. W końcu, na obrzeżach jednego z miast na naszej trasie trafiliśmy na restaurację. Wyglądała ona na dość drogą – wolimy zdecydowanie bardziej przystępne miejsca, gdzie jada większość lokalsów. Zamówiliśmy szaszłyka ze świniny z kartoszkami, czyli pieczone mięso wieprzowe z ziemniakami. Porcje były dość duże, a sama potrawa była smaczna. Jakie jednak było nasze zaskoczenie kiedy zobaczyliśmy rachunek – ponad 40 zł za posiłek dla dwóch osób na Ukrainie to bardzo dużo.
Nocleg jak z koszmaru
Po jedzeniu, ścigając się z zachodzącym słońcem pokonywaliśmy kolejne kilometry, niestety ostatnie 60 kilometrów trasy okazało się bardzo trudne przez ogromną ilość dziur. W naszym miejscu docelowym byliśmy po godzinie 22:30.
Niestety do plaży, którą widzieliśmy na zdjęciach, nie było zjazdu. Kilkadziesiąt metrów nad nią znajdował się za to niewielki parking, na którym stały dwa czy trzy samochody miejscowych, których widzieliśmy na dole. Miejsce, jeśli chodzi o nocleg, okazało się ogromnym niewypałem, bo po jakimś czasie w okolicy zjawiły się trzy średniej wielkości psy. A na parking podjechały kolejne dwa samochody. Nie chcąc pozostawiać rzeczy poza samochodem, zdecydowaliśmy się ustawić je wszystkie w busie. Nie było to łatwe szczególnie, że nie pamiętaliśmy jeszcze dokładnie co gdzie jest.
Nie rozkładaliśmy nawet koca i prześcieradła, bardzo zmęczeni długą podróżą położyliśmy się na rozłożonym łóżku tuż obok naszych rzeczy, usypiając przy dźwiękach ukraińskiego techno i rapu. Tego dnia przejechaliśmy 455 kilometrów.
