To już prawie tydzień! Ależ ten czas leci. Tym razem również obudziliśmy się bez budzika, dziś jednak nie zadzwonił dlatego, że rozładował się nam telefon, na którym był ustawiony. Wstaliśmy 20 minut po tym, jak miał zadzwonić.
Początek dnia
Na śniadanie zjedliśmy owsiankę oraz wypiliśmy herbatę. Niestety jabłka, które dostaliśmy od miłego pana ochroniarza parkingu, na którym spaliśmy dzień wcześniej, trochę poobijały się nam podczas jazdy. Nieładne ich fragmenty odkroiłem, a resztę zjadłem aby się nie zmarnowały. Chyba nigdy nie zjadłem tylu jabłek!
Kasia od rana miała trochę zły nastrój spowodowany ogólnym zmęczeniem i niewyspaniem. Takie spadki nastroju w podróży, po pierwszych kilku dniach, z mojego doświadczenia to nic dziwnego. Opada nieco ekscytacja podróżą, nie jest się też jeszcze do końca przyzwyczajonym do wszystkich wynikających z niej niedogodności. Pierwsze kilka dni naszej podróży były też dość intensywne – przejeżdżaliśmy wiele kilometrów, zazwyczaj kładliśmy się spać po północy, a wstawaliśmy dość wcześnie.
Tatarska łaźnia i opuszczone jaskinie
Mimo niechęci Kasi, wyciągnąłem ją na spacer do znajdujących się kilkaset metrów od naszego obozowiska ruin tatarskiej łaźni z XIII wieku. W owym okresie tereny te znajdowały się pod panowaniem Złotej Ordy, a miejsce ze względu na swoje położenie, było jednym z ważniejszych jej ośrodków w regionie. Nosiło wtedy nazwę Șehr al-Djedid, czyli dosłownie Nowe Miasto. A w latach 1364-1365 było siedzibą późniejszego przywódcy Złotej Ordy – Abdullaha chana.
Ruiny łaźni widzieliśmy wcześniej z drogi, wyglądały trochę jak rozpoczęta i niezakończona budowa jakiegoś domu. Niestety, nie znajduje się przy nich żadna tablica. Jeśli ktoś trafiłby na nie przypadkiem, prawdopodobnie nie wiedziałby jaką pełniły funkcję. W ruinach spotkaliśmy kilka jaszczurek, spacer zaczął poprawiać również Kasi humor.

Później wróciliśmy się w kierunku samochodu, aby udać się do znajdujących się kilkadziesiąt kilometrów nad naszym obozowiskiem jaskiń. Po drodze minęliśmy wiele kamieni z dużą ilością muszelek, które są pozostałością po znajdującym się tu około 140 milionów lat temu Morzu Sarmackim. Muszelki zdecydowanie poprawiły Kasi humor i była już bardzo chętna do dalszej wędrówki.

Po przejściu około 200 metrów dotarliśmy do pierwszych jaskiń. Duże komory, liczących po 30-40 metrów długości jaskiń, były bardzo okazałe. W przeszłości wykorzystywane były chyba do różnych celów, w tym również religijnych.

Kolejne jaskinie, ze względu drzewka o dość charakterystycznych liściach i skamieliny w postaci muszelek, wprowadzały nas w prawdziwy prehistoryczny klimat. Jedyną rzeczą, która psuje wygląd jaskiń są pokrywające je wszechobecne napisy. No cóż, ludzie pierwotni też malowali po swoich jaskiniach.

Chcieliśmy przejść kilka kilometrów górą, aż do samego wykutego w skale klasztoru oraz cerkwii znajdującej się w sąsiadującej wiosce Butuceni. Ścieżka skończyła się jednak wraz z jaskiniami, a przejście górą wymagałoby od nas lekkiej wspinaczki, w której przeszkadzałby nam sprzęt fotograficzny, który mieliśmy ze sobą. Zdecydowaliśmy się zejść tą samą drogą, którą wchodziliśmy i podjechać kilka kilometrów do Butuceni, gdzie znajduje się łatwiejsze dojście do klasztoru.
Orheiul Vechi – klasztor wykuty w skale
Po przejechaniu kilku kilometrów dotarliśmy na skraj wioski Butuceni, która wspólnie z odwiedzoną przez nas wczoraj Trebujeni, stanowi główny ośrodek Orheiul Vechi i pełni rolę pewnego rodzaju skansenu. Przy wjeździe stał policjant, który kierował samochody na boisko piłkarskie, przerobione na parking. Prowizoryczny parking jest bezpłatny, powstał po to, aby zmniejszyć nieco ruch w samej wiosce.
Od strony Butuceni, skąd zdecydowanie bliżej jest do klasztoru, który był naszym celem, było kilkadziesiąt osób. Nie był to jednak tłok, jakiego mogliśmy spodziewać się po wizycie w jednym z najpopularniejszych miejsc w Mołdawii, w wakacyjną niedzielę. To zdecydowanie ogromny plus Mołdawii, chyba nigdzie nie jest tu tłoczno.

Odwiedziliśmy zarówno znajdującą się na górze cerkiew, słynny kamienny krzyż, jak i według nas najciekawszą atrakcję Orheiul Vechi – prawosławny klasztor znajdujący się w skale. Dawniej, podobnych klasztorów było tu więcej, wszystkie zostały jednak opuszczone.

Wejście do klasztoru jest bezpłatne, kobiety powinny mieć na głowach mieć chusty, które dostępne są przy wejściu. Nie są pobierane opłaty za wejście, stoi przy nim jednak modlący się mnich i miska na dobrowolną ofiarę. W momencie, kiedy wychodziliśmy, mnich akurat miał przerwę w modlitwie, miałem okazję z nim trochę porozmawiać. Niestety, nie znał angielskiego, czuję jednak, że moja zrozumiałość rosyjskiego rośnie z każdym dniem, więc nie miałem problemów, aby zrozumieć większość wypowiadanych przez niego zdań.

Schodząc z góry widzieliśmy około 12-13 letnią dziewczynkę sprzedającą kompot, placintę oraz jakieś placki. Kupiliśmy od niej placintę z kapustą oraz dwa kubki zimnego kompotu, za wszystko płacąc 25 lei. Kompot był bardzo dobry, nie mam jednak pojęcia z czego mógł być zrobiony.
Pierwszy kwas w Mołdawii
Do kolejnego miejsca, w którym mieliśmy spać, wyjeżdżaliśmy około godziny 15:00. Do przejechania mieliśmy tylko około 40 kilometrów. Po drodze zatrzymaliśmy się w jednym z przydrożnych miejsc, gdzie sprzedawana jest placinta. Miejsce to jest połączeniem baru, sklepu spożywczego oraz piekarni czy restauracji (to trochę słowo nad wyraz, nie ma np. swojej łazienki).
Zamówiliśmy dwie placinty – z ziemniakami oraz kapustą i jeden duży kwas chlebowy. Bardzo lubię mołdawski kwas, który miałem okazję pić już w zeszłym roku. W smaku według mnie zdecydowanie przebija ten popularny na Litwie czy Ukrainie, w moim odczuciu jest trochę delikatniejszy i bardziej słodki.
Placinty były gotowe w ciągu kilku minut. Tym razem były złożone w koperty i smażone. Z tego co udało mi się ustalić, te smażone mają zazwyczaj taki kształt. Pieczone są natomiast właśnie takimi ósemkami, które robiliśmy wczoraj.
Jezioro z tysiącem wędkarzy i jedną rybą
Przed piątą dotarliśmy do miejsca, które planowaliśmy na nasz dzisiejszy nocleg. Niewielkie Jezioro w Grătieşti znajdujące się na przedmieściach Kiszyniowa (ok. 12 km od centrum). W częściowo wyciętym lesie było dużo ludzi, którzy grillowali, a cały brzeg obstawiony był przez wędkarzy.
Miejsca, tak jak w całej Mołdawii, jest tu jednak dość sporo. Znaleźliśmy ładny, dość prosty kawałek terenu, na którym zaparkowaliśmy. Wiedzieliśmy też, że większość ludzi zwinie się wkrótce do domu – przyjechali tu bowiem spędzić niedzielne popołudnie. Z moich obserwacji wynika, że Mołdawianie bardzo lubią biwakować. Mowa tu oczywiście głównie o mieszkańcach stolicy i innych większych miast. W tym miejscu warto wspomnieć, że większe miasta w Mołdawii to takie po 30-40 tysięcy – Soroki, w których byliśmy przedwczoraj mają 37 tysięcy i są ósmym największym miastem kraju.

Po przyjeździe postanowiliśmy się oddać błogiemu relaksowi i poleżeliśmy trochę na kocu. Myślałem nawet o rozłożeniu hamaka, nie było to jednak takie łatwe jak myślałem (jeszcze nigdy tego nie robiłem, mój Lesovik musi więc jeszcze chwilę poczekać), a plany pokrzyżował mi deszcz. Pogoda była dziś dość kapryśna, w ciągu dnia padało około 15 razy, kilka razy dość intensywnie. Zawsze maksymalnie po kilka minut, po czym znów wychodziło słońce.

Kiedy Kasia montowała, ja przeszedłem się w okolicach brzegu, aby pogadać trochę z wędkarzami. Bardzo dziwiło mnie to, że chyba żaden z nich nie miał wiaderka z rybami ani nic takiego. Jak się później okazało, ryb w jeziorze zbyt wiele nie ma. Około 20:00, kiedy rozkładaliśmy do spania nasze łóżko, zawołał mnie jeden z wędkarzy, z którym rozmawiałem wcześniej. Złowił pierwszą dziś rybę, a mówił, że jest tu od rana.
Każdy łowi tu na dwie lub więcej wędek, a właściwie linek, bo nie używają oni wędek tylko takich konstrukcji z dzwonkami. Jeśli ktoś z Was ogarnia tematy wędkowania i wie jak to się nazywa to piszcie proszę w komentarzach!
Podsumowanie
Dziś przejechaliśmy tylko 49 km. Zgodnie z planami, w Mołdawii trochę zwalniamy. Jutro planujemy wstać później niż zwykle. Nie wiemy jeszcze co dokładnie będziemy robić. Ksiądz Krzysztof, którego mamy odwiedzić w Ungheni powiedział nam, że 2 kilometry od nas jest prawdopodobnie największy cmentarz w Europie. Może podjedziemy go obejrzeć i zostaniemy tu jeszcze jedną noc, a następnego dnia wybierzemy się do Kiszyniowa? Zdecydujemy jutro!
