RoadTrip Olimp: Dzień 23

Ależ ten czas leci! To już 23 dzień wyprawy. Noc upłynęła nam dość ciekawie. Niedaleko nas dość długo toczyła się impreza w jednym kamperze, muzyka grała dość głośno, co przeszkadzało niektórym członkom ekipy spać. Mi nie robiło to różnicy, mimo iż mam dość płytki sen nie mam problemów z zaśnięciem gdzieś w głośnym miejscu, jak np. podczas pierwszego dnia wyprawy, kiedy spaliśmy z Kasią niedaleko wejścia do dyskoteki. Klaudia w takich sytuacjach używa zatyczek do uszu, ja jednak wolę słyszeć co dzieje się dookoła.

Kiedy muzyka u naszych niedalekich sąsiadów ucichła, wzmogła się ta w pobliskim barze/dyskotece. Bar był dosyć dziwny, mieścił się trochę na uboczu i podczas naszego pobytu w tym miejscu cały czas nikogo w nim nie było – mimo wszystko muzyka grała bardzo głośno. W nocy niedaleko naszego obozu kłóciło się dwóch Bułgarów, w pewnym momencie jeden użył nawet czegoś wybuchającego (petardy, pistoletu na kapiszony lub czegoś w tym stylu).

Wstaliśmy około godziny 8. Ja czułem się dość wyspany, czego nie można było powiedzieć raczej o reszcie ekipy. Usnąłem dość wcześnie, tuż po napisaniu relacji – Kasia wcześniej już przygotowała zdjęcia i wgrywała je w nocy do relacji. Nie zbieraliśmy się zbyt szybko, tego dnia planowaliśmy odwiedzić tylko Kamienny Las, który ominęliśmy dzień wcześniej oraz spotkać się z Borysem, z którym umówieni byliśmy na godzinę 14.

W okolicach Kamiennego Lasu znaleźliśmy się około godziny 11. Ekipa nie była zbyt zainteresowana wejściem do niego, kiedy go zobaczyli. Bilet kosztował 2 lewy od osoby. Ja, mimo iż chciałem obejrzeć las, dostosowałem się do woli większości i pojechaliśmy do sklepu, aby przygotować się na dzisiejszy wieczór.

Z Borysem byliśmy umówieni na parkingu obok Lidla, naprzeciwko znajdował się też Kaufland. Z racji, że mieliśmy sporo czasu poszliśmy do obu sklepów. Ceny w Bułgarii zbliżone są do tych w Polsce. W sklepie udało nam się znaleźć polską wódkę – Sobieski, którą kupiliśmy na wieczór (Borys jest wielkim fanem polskiej wódki, mieliśmy dla niego przygotowaną zabraną z Polski Żubrówkę). Oprócz niej kupiliśmy też Menthę (Miętę) popularny w Bułgarii słodki napój alkoholowy rozcieńczany z napojami Sprite lub 7Up, chipsy i orzeszki. Nabyliśmy też owoce z myślą o zaczynającym się jutro Erasmusie. Chcieliśmy kupić też jakieś mięso na grilla, ale Borys powiedział, że jego mama przygotowała wszystko do jedzenia i aby nic nie kupować.

Borys w umówionym miejscu pojawił się punktualnie, do jego domu było stąd niedaleko, więc po kilku minutach  się tam znaleźliśmy. Ostatnie 400 metrów było dość ciężkie, droga była dość stroma i wąska. Daliśmy jednak radę.

U Borysa czekała już na nas jego mama – Pani Mariela wraz z mężem. Mimo iż nie znałem Pani Marieli, kilka miesięcy temu, kiedy byłem w Budapeszcie uczestniczyłem w nagrywaniu urodzinowego filmu podczas którego śpiewaliśmy dla niej „sto lat”. W domu czekał już na nas obiad. Pani Mariela przygotowała dla nas tradycyjną bułgarską zupę – Tarator. Tarator to zupa chłodnik przygotowywana z jogurtem, wodą, zsiadłym mlekiem i ogórkiem. Niestety przez obecność mleka nie mogłem jej spróbować, wszystkim pozostałym jednak bardzo smakowała. Asia poprosiła nawet o dokładkę.

Oprócz zupy zjedliśmy też bardzo dobrego kurczaka z ryżem. Nie wiem w jaki sposób był gotowany, ale ryż w smaku przypominał ten z Paelli (takiej prawdziwej, nie naszej wyprawowej wegetariańskiej) i był bardzo dobry. Wizyta u Borysa była spełnieniem marzeń Gosi i Kasi – Borys ma bowiem 16 małych kotków, które skore do zabawy chętnie robiły na nas „kocią inwazję”.

Później wspólnie z Borysem i jego mamą wyruszyliśmy do Muzeum Władysława Warneńczyka. Park-muzeum został utworzony w 1924 roku, a w 1964 otwarto w nim muzeum. Znajduje się tu symboliczne mauzoleum polskiego króla, które zostało otwarte w 1935 roku przez Cara Bułgarii. Władysław Warneńczyk cieszy się w Warnie dużą popularnością, jest jednym z symboli walki z turecką okupacją.

Władysław Warneńczyk zginął w bitwie pod Warną w 1444 roku, dowodził on europejskim wojskom walczącym z Turkami. Nazywany jest często „ostatnim krzyżowcem”, zginął mając niespełna 20 lat. Do śmierci doprowadziło go przekonanie, że bitwa jest już wygrana – ruszył na obóz sułtana, gdzie został otoczony i zabity.

Po wizycie w muzeum wróciliśmy do domu Borysa. Borys wspólnie z Asią pojechał na lotnisko po jej chłopaka – Maćka, który ma do nas dołączyć na czas Erasmusa. Wspólnie siedzieliśmy w ogrodzie, dziewczyny bawiły się z kotami, rozmawialiśmy też o różnych rzeczach. Wyjątkowo późno czytaliśmy relację z poprzedniego dnia wyprawy, którą tłumaczyłem na angielski dla Borysa. Niektórzy śmiali się ze mnie, że mówię słabo pod kątem gramatycznym. Nie przejmowałem się tym jednak, bo dla mnie ważne było, aby tłumaczyć szybko i aby mój rozmówca mnie zrozumiał.

Na kolację Pani Mariela przygotowała sałatkę z warzyw, które rosną w jej ogrodzie oraz mięso z ziemniakami, które wcześniej pomagały jej obrać Ola i Klaudia. Kolacja była bardzo dobra, mocno się najedliśmy i przenieśliśmy się do ogrodu.

Czas upływał nam na rozmowach, wszyscy przestawili się już na język angielski. Za pewne pomogła w tym Mięta i kupiona przez nas wcześniej wódka Sobieski. Oprócz rozmów graliśmy też w różne gry i miło spędzaliśmy czas. Kasia około pierwszej zrobiła się dość senna, więc poszliśmy do busa, która zaparkowany był około 300 metrów od domu Borysa. Pozostała część ekipy siedziała z Borysem jeszcze około godziny. Było bardzo miło, więc czas zleciał niespodziewanie szybko. Tego dnia przejechaliśmy tylko 67 kilometrów.

 

Komentarze

Komentarzy