RoadTrip No.5: Dzień 20

og d20Dwudziesty dzień podróży rozpoczęliśmy o godzinie 6:30. Tak wczesna pora, o której wstaliśmy spowodowana była chęcią zdobycia tego dnia Języka Trolla (Trolltungi), czyli skały do której dojście i zejście zajmuje razem około 10 godzin marszu. Rano przygotowaliśmy makaron i sos pomidorowy. Naładowało nas to energią na długą wędrówkę. Klaudia ugotowała też kupione dzień wcześniej jajka i przygotowaliśmy jedzenie do zabrania na drogę (tortillę, kukurydzę, fasolę i keczup z zapasów z Polski). Wyjechaliśmy z naszego obozu około godziny 8:30.

Tuż przed 10:00 byliśmy już na parkingu, który rozpoczynał szlak wiodący na Trolltungę. Niestety pod koniec wjazdu spod maski zaczęła wydobywać się para. Po szybkich oględzinach udało nam się ustalić miejsce, z którego traciliśmy płyn chłodniczy. Była to rurka prowadząca do nagrzewnicy usytuowana w słabo dostępnym miejscu. Wojtek postanowił, że po powrocie z Języka Trolla postara się prowizorycznie załatać dziurę szarą taśmą tak, aby dało się dojechać do jakiegoś miejsca, gdzie będzie można zająć się awarią.

Najtrudniejsza część podejścia do Języka Trolla to pierwsze 2 kilometry. Niestety po przejściu kilkuset metrów Wojtka zaczęło boleć kolano, które lekko obił wczoraj kiedy się wywrócił. Razem z Kasią podjęli decyzję, że wrócą na dół i spróbują naprawić awarię i zajmą się innymi rzeczami. Wejście na Język Trolla to jedno z ich 100 podróżniczych marzeń, będzie ono musiało jednak zostać zrealizowane dopiero w przyszłości.

Relacja Asi z wejścia na Język Trolla:

„Reszta drużyny ruszyła prężnie dalej; to podejście było wyjątkowo trudne i przypominało wchodzenie po schodach, z których ktoś gdzieniegdzie pozabierał stopnie. Jak to Klaudia dobrze ujęła- jak drabina Jakubowa. Dobrze, że w wielu miejscach można było uzupełnić wodę z górskich strumieni oraz się orzeźwić. Podczas jednego z takich postojów spotkaliśmy dwie ekipy podróżników z Polski- Globbus Team. Schodzili już z Trolltungi i podzielili się z nami radosną wieścią, że wyżej nie jest tak stromo i całkiem przyjemnie się idzie. Mieli rację, niedługo później nasza wymęczona pięcioosobowa grupka dotarła do płaskowyżu. Sceneria była wyjątkowo malownicza i przywoływała na myśl Martwe  Bagna z ekranizacji „Władcy Pierścieni”. Zainspirowani tym uznaliśmy, że musimy również nakręcić tam kilka scen. Myślę, że jedna zrobiła wyjątkowe wrażenie na mijających nas turystach- gdy ujrzeli nas, wyskakujących zza skały i biegnących do następnej za Michałem krzyczącym „za Shire!!”. Uznali pewnie, że jesteśmy… no, ekipą Road Trip Bus 😉 . Niestety, Froda nie znaleźliśmy.

DSC_0938_m DSC_0949_m DSC_0954_m DSC_0947_m

Kontynuowaliśmy więc dalej wędrówkę- po 6 km droga wiodła góra dół, poprzez błotne ścieżki i liczne małe wodospady. Michał miał nie lada atrakcję, dokonując cyrkowych sztuczek aby przejść na drugi brzeg suchą stopą- a szedł w skarpetkach i sandałach! Dziewczyny były lepiej przygotowane i mogły bez obaw maszerować po nich w trekkingowych butach. Wielokrotnie robiliśmy krótkie postoje, powodowane nie zmęczeniem lecz zachwytem- widoki zapierały dech w piersiach i wcale nie powszedniały nam z każdym kilometrem. Wszyscy zamienili się w profesjonalnych fotografów, a Gapa czasami nagrywał jeszcze relacje z trasy. Jednak nawet najlepsze zdjęcie nie odda piękna górskich szczytów pokrytych śniegiem i leżącego pod naszymi stopami górskiego jeziora.

DSC_0958_m DSC_0968_m

Ostatnie 3 kilometry wiodły gównie po skałach- jak się później okazało, w części było to koryto rzeki, zatrzymanej na górze przez tamę. Gdy zobaczyliśmy oznaczenia, że pozostał nam już tylko jeden kilometr, wstąpiły w nas nowe siły; szczególnie w Klaudię, która ze słuchawkami w uszach wyrwała do przodu i pierwsza dotarła na Trolltungę. Jednak według Asi oznaczenie to nie było zgodne z prawdą- na pewno przeszliśmy sporo ponad kilometr. W końcu oczom wszystkich ukazał się wyczekiwany widok Trolltungi. Niestety, razem ze skałą w pakiecie zdobywcy uwzględniona była mała kolejka turystów, chcących zrobić sobie na niej zdjęcie. Zmęczeni postanowiliśmy, że najpierw przygotujemy tortille, a później grzecznie ustawimy się w ogonku.

IMG_6669_m

Jednak Gapa miał inne priorytety i nie czekając na jedzenie (pyszne tortille z kukurydzą, groszkiem, oliwkami, ketchupem, majonezem i jajkami na twardo- polecamy!) poszedł na skałę. Zrobił sobie świetne selfie, ale nasze ujęcia z góry też dobrze wyszły. Po zjedzeniu pysznych tortilli w jego ślady poszła Asia- również siadła na krawędzi skały i podziwiała widoki, wyobrażając sobie piękno lotu w dół. Michał zaś wyglądał jak Gollum (czyli jak zawsze), gdy na czworakach pełzał do koniuszka skały. Mógł przypominać również dżdżownicę po deszczu. Co ten lęk wysokości robi z ludźmi.

DSC_0971_m DSC_0976_mW niektórych z ekipy też wstąpiły jakieś nieznane siły- cichy i kulturalny zazwyczaj Tomek krzyknął mniej kulturalne słowo do opisujących mu stan erozji skały Gapy i Michała, stojących na górze. Dobrze, że poprzedzała go wyjątkowo kulturalna Klaudia i równowaga została zachowana. Udało nam się również zrobić zdjęcie grupowe, a naszym fotografem na ten krótki moment stał się Pan Kuba z Łodzi.

IMG_6681_m

Wszystko to zajęło nam około półtorej godziny. Akurat gdy kończyliśmy się zwijać zaczął padać deszcz, ruszyliśmy więc w drogę powrotną. Asia uzbrojona była w kijek trekkingowy, który uzyskali dla niej Michał z Gapą od innych Polskich turystów; dzięki niemu mogła bez przeszkód kontynuować wędrówkę na dół, był też doskonałym podparciem na śliskich od deszczu skałach. Na szczęście nie padało długo i gdy mijaliśmy 3 km całkowicie się już przejaśniło. Jedyną pozostałością ulewy była błotna rzeczka, w którą przeobraził się szlak. Oczywiście, szło się po niej mniej wygodnie niż po suchym, ale i tak szybciej pokonywaliśmy trasę niż w drodze na szczyt. Jak to stwierdził Gapa: ,,łatwiej idzie się w dół”-choć później zmienił zdanie, gdy trzeba było pokonać stromiznę na ostatnich dwóch kilometrach i nasze kolana odmawiały posłuszeństwa: ,,jutro nasze kolana będą do przeszczepu”. Jednak gdy już dotarliśmy na dół stwierdził, że było to znacznie lepsze niż nauka do poprawki (a to do niej tęsknił, podchodząc do góry). Postawienie naszych obolałych kończyn na płaskim gruncie było cudownym uczuciem- wszyscy zgodnie usiedli na najbliższej ławce i przybili sobie piątki. Później, na parkingu wzięliśmy zasłużony prysznic i wypiliśmy herbatę (Gapa pierwszą na tym wyjeździe).”

Na dole

Kasia z Wojtkiem po pewnym czasie od zejścia spotkali ekipę Globbus Team, która również podróżuje po świecie busem i ich celem jest, także  Przylądek Północny, obrali jednak nieco inną trasę i Nordkapp dopiero przed nimi. Podjęli też między innymi próbę opracowania dalszej trasy oraz naprawy awarii.

Próba naprawy cieknącej rurki okazała się utrudniona przez jej usytuowanie. Ciężki dostęp nie pozwolił na szczelne owinięcie jej taśmą – było więc niemal pewne, że konstrukcja ta pozwoli przejechać co najwyżej kilkanaście kilometrów.

Wieczór

Po zjechaniu z parkingu, który jest punktem startowym do wymarszu na Trolltungę zatrzymaliśmy się w tym samym miejscu co poprzednio – w opuszczonych domkach przy fiordzie i obmyślaliśmy plan na następny dzień. Ekipa tym razem wyjątkowo szybko zasnęła, bez grania na gitarze i długiego gotowania zupek na kolację. O godzinie 23 wszyscy grzecznie leżeli na podłodze (jak kłody).

DSC_2792_m

Wieczorem towarzyszył nam piękny widok.

DSC_2803_m

 

Komentarze

Komentarzy